RSS
 

Narzekanie – choroba narodowa Polaków

23 sty

Nic odkrywczego.

Ostatni „blue monday”, czyli rzekomo najbardziej depresyjny dzień w roku, który wypadł 19 stycznia 2015 roku wzbudził we mnie myśli ciężkie i srogie.

Uwielbiamy narzekać. Od zawsze, od poczęcia po śmierć. Zawsze jest ŹLE. Masz pecha w miłości? Narzekasz. Zerwałaś więzadło w kolanie? Narzekasz. Nie dostajesz wystarczająco wysokiej wypłaty? Narzekasz. Czy to narzekajstwo jest jakąś formą oczyszczenia czy wyrazem tego, jak bardzo chcemy pokazać innym ludziom jak los nas skrzywdził? Ja sama narzekam. Aktualnie narzekam bo boję się, że Dżentelmen mnie zostawi i znów będę siedzieć sama w tym barłogu pełnym petów i butelek po winie. Skąd to w ogóle? Może to po prostu hormony,  przed okresowe dywagacje spowodowane nadwyżką jakiejś tam substancji w organizmie… A może to moje chore kobiece przeczucia, któryś tam zmysł czy kij wie jaki jeszcze wynalazek?

Kurwa, obawiam się po prostu że NIGDY nie osiągnę stanu, by móc sobie powiedzieć: TAK! Jest cudownie, jest wspaniale, niczego mi nie brakuje! Czy kiedykolwiek w swoim życiu zdarzyło mi się to wykrzyczeć? Nie muszę się długo zastanawiać. Zawsze jest coś, zawszeeeee.

A może jest to spowodowane moim zgorzknieniem związanym z faktem, że Dżentelmen wyjechał i zwyczajnie jakoś trudno mi się odnaleźć. Zapomniałam trochę jak to jest wyjść w piątkowy wieczór na miasto, zapomniałam jak się flirtuje, zapomniałam tej swojej radości naiwnej. Czy to starość czy dojrzałość się dobija?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie tak miało być

05 sty

Nie tak miało być. Miałam tu umieszczać wolne przemyślenia związane ze sferą seksu, obserwacje dotyczące związków, takie tam…

Jak mam to wszystko robić jeżeli cały mój sarkazm, złość i wszystko co paskudne po prostu … zniknęło?

W tym momencie właśnie Dżentelmen śpi w moim łóżku. To takie pretensjonalne i przesłodzone ale wygląda tak ładnie, ze co chwilę zerkam jak spokojnie oddycha. Myślałam, że wszystko, co „pierwsze” mam już dawno za sobą. Okazuje się jednak, że zostałam pozytywnie zaskoczona. Dopiero teraz, pierwszy raz czuję spokój. Nie wiedziałam, że potrafię darzyć kogoś takim spokojnym, jednostajnym uczuciem. Nie wiedziałam, że ktoś potrafi i mnie takim obdarzyć. On po prostu jest. Obok i ze mną. Dalej jestem tą samą, postrzeloną osobą. Pamiętam o swoich marzeniach i swoich planach. Tylko ktoś się w nich pojawia.

Ale! Spokojnie. Mój czill i zen nigdy nie trwają zbyt długo ;) Chociaż… kto wie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kobiety.

01 gru

Jeżeli miałabym wskazać jedną moją cechę, która jest zarówno błogosławieństwem jak i przekleństwem zapewne był by to fakt, że z jakiegoś nie do końca zrozumiałego przeze mnie powodu ludzie lubią mi się zwierzać. Często więc zdarza mi się odbierać nocne telefony i słyszeć zaryczaną i obsmarkaną koleżankę/przyjaciela/znajomą znajomej, która dzwoni do mnie „bo jakoś tak ma wrażenie, że można mi się wygadać.” Zawsze chodzi oczywiście o sprawy uczuciowe. Zwykle po wysłuchaniu dwugodzinnego monologu czuję spełnienie wykonania misji. A nóż ktoś lepiej się dzięki temu poczuł.

Ostatnio jest to jednak moim przekleństwem. Moja współlokatorka oszalała, a może po prostu się zakochała. W końcu od jednego do drugiego wcale nie jest tak daleko – czasem można mylnie zinterpretować objawy. O poranku budzi mnie dźwięk messengera. Ona już do mnie pisze „o nim” i streszcza przebieg ich wczorajszej rozmowy smsowej. W pracy robię kawę, przychodzi mail: ona o nim. Idę na obiad – to samo. Wracam do domu: „Hej, chodź na papierosa”. Jedyny temat to ON. Bo ON jej nie chce, a potem chce, umawiają się, a on się spóźnia 1,5 godziny. Ona rwie sobie włosy z głowy, bo on nie odpisał w ciągu 20 minut. Idziemy na imprezę, ona w tańcu zaczyna płakać, bo jej się piosenka z NIM skojarzyła. Doprawdy, jestem tak wykończona, jakby to był mój skrzywiony związek.

A w zeszłym tygodniu zagnieździła się u nas koleżanka. Koleżanka została uderzona przez narzeczonego. Po co wieczorne rozmowy, pocieszanie, umoralniające przemowy, skoro i tak dziewczyna zrobi po swojemu? Absolutnie nie mam zamiaru oceniać jej wyboru. Jednak budzi to wszystko moje głębsze refleksje.

Kobiety zakochują się bez pamięci. Oznacza to, że zapominają. Zapominają o sobie, swoich potrzebach, swoich pasjach, swoich marzeniach swoich sprawach. Epicentrum wszechświata staje się ON.

Odwiedziłam wczoraj rodziców. Wyciągnęłam swoje pamiętniki z lat 14-21. Wyrywkowo czytałam wpisy i ogarnęło mnie istne przerażenie. Moje samopoczucie uzależnione było tylko i wyłącznie od NICH. Oczywiście, obiekty moich westchnień zmieniały się szybciej niż pory roku, jednak za każdym razem, każde rozczarowanie wiązało się z depresją i poczuciem beznadziei. Podsumowując – całe życie byłam nieszczęśliwa. Moje nastoletnia egzystencja opierała się tylko i wyłącznie na tym, żeby Tomek/Dawid/Łukasz/Kuba/Piotrek (…) wreszcie zwrócił na mnie uwagę. Ponieważ zwykle nie zwracali popadałam w irracjonalne kompleksy i wylewałam żale na kartach pamiętnika. Szłam do parku, żeby przypadkiem spotkać jego. Na imprezę tam i tam – bo on tam lubi siedzieć. Włączałam gadu gadu, bo on jest dostępny. Istna paranoja.

Po wszystkich zakończonych związkach, toksycznych relacjach, pięknych miłostkach, wspaniałych znajomościach mogę z całą świadomością powiedzieć, że odnalazłam wewnętrzny spokój w tej kwestii. Nie chodzi tu bynajmniej o mojego Dżentelmena. On nie jest happy endem. Happy endem jest to, że potrafię wreszcie cieszyć się z dnia codziennego i wcale nie musi być obok (ktokolwiek). Nie zrozumcie mnie źle – daleko mi do feministki, jeszcze takiej popapranej, co wykrzykuje, że faceci to zło i trzeba im faka pokazać (to nawet feminizm nie jest, to zaburzenie). Chcę tylko powiedzieć, że zmiana epicentrum pomaga. Tak na co dzień i w dłuższej perspektywie. Rozkładanie na czynniki pierwsze każdego zachowania faceta doprawdy nie sprawi, że odkryjesz prawdę objawioną. Gierki i podchody tym bardziej. Obsesyjne rozmyślanie, budowanie mapy jego umysłu i to wszystko co robią BABY przynosi jedynie rozstrój żołądka.

Spokój ducha imitacją zbroi.

Amen.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znowu grudzień

28 lis

To już koniec miesiąca jest? Ale że serio?Miesiąc pod hasłem rozpierdol generalny.

Oh Praco, ty jesteś jak zdrowie, ile Cię trzeba cenić…

Ale nie. Na szczęście jeszcze nie. Postanowienie przednoworoczne: odpuścić sobie. Go with the flow. Nie napinać się. W końcu zacznę zarabiać godziwe pieniądze. Na pewno! Jednak nie tu. Trzeba ustalić strategię. Operacja -> rehabilitacja -> ładowanie baterii -> nowa praca -> nowe, cudowne życie. Dobry plan?

Zamknęłam wszystkie niedomknięte sprawy.

Sytuacja z Dżentelmenem niebezpiecznie nabiera rozpędu. Znam ten scenariusz na pamięć.

- Spędzaj z nim coraz więcej czasu- Zostań na noc
- Zostawaj na noc co drugą noc
- Zostaw w jego mieszkaniu drugą szczoteczkę do zębów i płyn do demakijażu
- Idź na imprezę do jego znajomych
- Na tej imprezie niech Cię nie opuszcza na krok
- Rano niech powie do Ciebie „skarbie”
- Usłysz jak wybiega w przyszłość… „w lato Cię tam zabiorę”
- Przedstaw go swoim znajomym
- Weekend: oczywistym jest, że spędzacie go razem
- Dzwoni telefon. On odbiera… „Tak, tak, będę z moją dziewczyną

Kiedy usłyszałam, ze nazywa mnie swoją dziewczyną zmroziło mnie wewnątrz. Że już? Że jestem w związku? Znów? Postanowiłam podejść do sprawy na chłodno i zrobić analizę własnej głowy. Czy ucieszyłam się, że tak mnie nazwał? Czy powyższy scenariusz mimo wszystko nie brzmi tak strasznie? Czy łapiesz się na tym, że budzisz się rano i jest pierwszą osobą, o której myślisz? Czy uwielbiasz jak się uśmiecha? Czy lubisz patrzeć jak odgarnia włosy za ucho? Czy nie przeszkadza Ci, że zdarza mu się siorbać pijąc herbatę? Czy jest to pierwszy facet, który daje Ci swobodę? Czy jest to pierwszy facet, przy którym pomyślałaś, że mogłabyś wreszcie zaznać spokoju, którego tak bardzo szukasz?

Jeżeli na powyższe pytania przynajmniej 4 razy odpowiedziałaś „tak” to wiedz, że wpadłaś.

Tak.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I co?

04 lis

Będzie rzyg, rzyg bez pięknych słów i ozdobników – to, co mi aktualnie siedzi w głowie. A piszę to w pracy, wkurwiona i roztrzęsiona. Dlaczego ? Bo dopiero zaczęłam wychodzić na prostą, dobrze się czuć, mieć wizję na przyszłość. Kolejny raz życie chce dla mnie inaczej.

11 miesięcy temu wyrzucono mnie z pracy. Do tej pory nie jestem pewna dlaczego. Pewna jestem natomiast co do tego, że straszliwie to przeżyłam i nie mogłam znaleźć pracy „w zawodzie”. Tylko cóż to właściwie znaczy w moim przypadku? Jestem po dwóch kierunkach – jeden nazywany „wylęgarnią bezrobotnych”, drugi kompletnie mi nie siadł i nigdy w życiu nie chciałabym być producentem/kierownikiem produkcji filmowej. Tak – jestem po filmówce. Nienawidzę filmowców i tego artystycznego szitu. Co prawda zajmowałam się jakiś czas charakteryzacją, nawet kurs zrobiłam i byłam na kilku planach, ale kiedy po raz 60 słyszysz „będziesz miał do portfolio” bo budżetu nie ma… odechciewa się nawet brać do ręki pędzla. I tak – rzuciłam to w cholerę nie mogąc opłacić rachunków. Zostało hobby i pasja.

Po poprzedniej porażce (kiedy wyrzucono mnie z pracy – wydawnictwa) szukałam rozpaczliwie punktu zaczepienia. NIC. Zatrudniłam się w najgorszej knajpie w mieście. Akurat doświadczenia barmańskiego mi nie brakuje – zapierdalałam (tak proszę państwa, nie bójmy się przekleństw – ZAPIERDALAŁAM) w każdy studencki weekend w klubie. Więc po porażce z wydawnictwem mogłam wsadzić sobie dyplom magistra głęboko w cztery litery i obsługiwałam tych niedorozwojów zza lady (chociaż to chyba obraza dla niedorozwojów). Długo nie wytrzymałam. Postanowiłam zrobić krok największy w swoim życiu i spróbować jeszcze czegoś innego.

I co? GÓWNO! Też nie wyszło. Uszkodziłam sobie kończynę dolną i do tej pory czekam na operację, na którą w naszym kraju czeka się wieczność. I tak kuśtykam, wkurwiona na NFZ, na siebie, na los, na wszystko.

A teraz? A teraz myślałam, że się udało. Złapałam pracę. Nawet na studia podyplomowe się zapisałam, co by się dokształcić więc co drugi/trzeci weekend ZAPIERDALAM do innego miasta na zjazdy.

I co? GÓWNO! Akurat moje projekty zdjęto  także mogę zacząć pakować spinacze i zszywacz. Chyba, że chcę zasuwać za 1000 zł. Taka sprawiedliwość!

Dziękuję bardzo i dobranoc, mam serdecznie dość.

Ryczeć mi się chce tak bardzo, bardzo, bardzo. Nie mam planu, nie mam pomysłu, nie mam siły. Tak wiem, trza wziąć się w garść… Tylko… Który raz już daję sobie po mordzie i zmuszam się do działania?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powrót do przeszłości

29 paź

Mam ostatnio jedno wielkie g-ó-w-n-o we łbie, wszystko mi się myli  i miesza i już nawet nie wiem o kim mam myśleć, o kim właściwie myślę, za czym tęsknię. Tęsknię tak po prostu. Na szczęście praca skutecznie przypomina mi, że absolutnie nie mam czasu się nad sobą użalać i rozkładać na czynniki pierwsze tego całego umysłowego wiru.

Tydzień temu spotkałam mojego pierwszego „poważnego” chłopaka. Byliśmy razem 2,5 roku, od początku studiów. Był raczej poukładany, spokojny, z konkretnymi planami na przyszłość. Cóż, przeciwieństwa podobno się przyciągają. Pogadaliśmy chwilę przy barowym blacie po czym rzucił To może kawa w przyszłym tygodniu? Przyszły tydzień nadszedł, a więc spotkaliśmy się. Moja pierwsza myśl po dokładnych oględzinach: postarzał się. Ale i zmężniał. Dobre buty, droga koszula – kierownik. Przeszło mi przez myśl, jak mogłoby wyglądać teraz nasze wspólne życie. Wszak chciał mi się oświadczyć, o czym dowiedziałam się tydzień po rozstaniu od jego znajomych. Podobno złamałam mu serce.

W każdym razie gadka raczej się nie kleiła, czuliśmy się niezręcznie. Coś mnie tknęło i zapytałam skąd w ogóle ten pomysł, po co to spotkanie. Pomyślałam, że facet ma wszystko: pracę, samochód, sukcesy, pieniądze, mieszkanie, dziewczyny podobno też się jakoś kręcą. Po co więc ten niezręczny powrót do przeszłości? W końcu powiedział, z charakterystycznym dla niego lekkim uśmiechem, który miał sprawić, że odniosę wrażenie, że „hej, to nic takiego, ja się wcale nie przejmuję”…

Wiesz, trochę się zastanawiam ostatnio nad przeszłością, a może nawet bardziej nad przyszłością. Mam tętniaka w sercu. No, a co u Ciebie w ogóle?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inteligencja kobiety (uwaga, głęboki wpis)

25 wrz

Nie wiem co powiedziałby Freud na moje dziecięce przeżycia i ich wpływ na moje dorosłe życie. Jakoś jego teorie nigdy do mnie nie przemawiały. Kiedyś nawet zdawałam na studia psychologiczne. Dostałam się. Zanim poszłam na pierwsze zajęcia przyszła mi do głowy myśl, że na psychologię idą ludzie z problemami, które to problemy mają się magicznie na tych studiach rozwiązać. Nie chciałam być psychologiem z problemami – odpuściłam sobie więc studia psychologiczne.

Dzieciństwo miałam szczęśliwe. Jest jednak coś, co pamiętam nad wyraz dobrze, a co jak sądzę odcisnęło się na teraźniejszości. Pamiętam ulubioną zabawę mojego ojca i brata. Siedzimy przy kuchennym stole, a oni zadają mi pytania z wiedzy ogólnej. Na wiele nie znam odpowiedzi. Wstyd mi, śmieją się, lecę ze łzami w oczach do biblioteczki, sięgam po encyklopedię i szukam odpowiedzi na zadane pytanie. Po kilkunastu minutach biegnę do brata i ojca i zadowolona twierdzę, że sobie przypomniałam. Czekam na pochwałę. Śmieją się przecież znalazłaś to w encyklopedii, nie liczy się! po czym zadają mi kolejne pytania by udowodnić moją ignorancję.

Czas wczesnoszkolny. Nie mam problemów z nauką. Same piątki i szóstki. Niczym się jednak nie wyróżniam. Mojego brata nazywają „geniusz”. Przeskakuje z klasy do klasy. Ochów i achów nie ma końca. Nieważne, łowię ryby z tatą, a tata wszystkim opowiada jak świetnie łapię płotki.

Rodzi się moja siostra, rośnie. Ja powoli tracę zainteresowanie rybami. Moja siostra coraz bardziej zbliża się do taty. Tata już mnie nie zabiera na ryby. Siostra łapie je lepiej i nawet potrafi zdjąć zdobycz z haczyka. Następuje mój czas buntu, Nirvany, glanów i smętów. Tata czasem kiedy go wyproszę przychodzi do mnie, gra na gitarze, a ja śpiewam. Uwielbiam to. Z czasem i to przemija: siostra gra na pianinie, brat na basie, mama przepięknie śpiewa. Wszyscy muzykują. Ja nie potrafię.

Moje nastoletnie życie. Mama mówi do znajomej: „brat jest inteligentny, ja pracowita”. Nigdy już tego zdania nie wyrzuciłam z głowy.

Studia. Świetnie pamiętam jak siedzimy przy stole, a ja boję się odezwać. Boję się krytyki, nie mam nic do powiedzenia. NIC. Absolutnie na żaden temat. Nie mam opinii, nie mam zdania. Polityka? Idę za ogółem. Eutanazja? No nie jestem pewna. Filmy Lyncha? Wyjebane.

Druga rzecz, którą pamiętam: po tych dyskusjach lecę do kompa i szukam informacji. Czytam. Nigdy nie zapamiętuję. Ten nawyk mam do dziś.

Przeskoczmy dalej. Siedzę na kanapie z Kretynem. Kłócimy się. Ty idiotko, debilna wieśniaro. No powiedz coś, nie masz nic do powiedzenia? Nigdy nie masz nic do powiedzenia. Tak to jest, kiedy się nie ma żadnej pasji! Ty kretynko. Jasne, powiedz „jesteś jaka jesteś” i dalej bądź taką głupią cipą. Co nic nie mówisz?! Po co opinia, co? Zero inteligencji ty tępa dzido.

Przeskoczmy dalej. Jadę samochodem z Pawłem. Kłócimy się. Jasne idź na imprezę, idź do tych prostych ludzi. Ty leniu. Lubisz tych wieśniaków, bo nie musisz się wysilać. Możesz być sobą. Po co się wysilać intelektualnie. Lepiej być ograniczonym jak ty. Idź oglądać te debilne seriale z lektorem. Wstyd mi, że jesteś moją dziewczyną, nie chcę cię. Idź, zrób tapetę na ryj i kręć dupą. Tylko to potrafisz. Ty leniu. Nic się nie rozwijasz.

Staraj się, czytaj wiele książek, dostań pracę. Próbuj swoich sił. Idź na studia podyplomowe. Idź do ojca, powiedz jak świetnie Ci idzie. Pogłaszcze po ramieniu. Aha Aha, no, aha. A kiedy zaczniesz zarabiać normalnie?

Idź do mamy. A po co ci te studia? Spójrz na brata. Zarabia 6 tysięcy. Kupił auto.

Chyba mogę powiedzieć, że mam doła. My, tępe dzidy mamy je czasem również.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zasada

18 wrz

Jest taka zasada, która sprawdza się zawsze:

Nie spotkasz byłego kiedy jesteś wystrojona i odstawiona i czujesz się mega sexy. Spotkasz go kiedy jesteś w dresie, makijażu brak, włosów nie umyłaś stanowczo zbyt długo. Chcesz tylko kupić paczkę czipsów, rozwalić się w łóżku, obejrzeć najgłupszy serial świata. I żeby Ci się przyjemnie bekonowo-serową mieszanką bekało.

Ale nie. Spotkasz go przy tej półce w supermarkecie. On będzie miał swoje małe urocze dziecko na rękach,  a u boku dziewczynę o wyglądzie supermodelki.

 

Idź, wpierdalaj te czipsy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wspólne gniazdko

17 wrz

tumblr_m9m8vh7tU81r2lohvo1_500

Myśl przewodnia: wspólne mieszkanie to nie tylko wspólne mieszkanie.

Odkrywcze, co?

*********************************************

Mam na koncie dzielenie dwóch przestrzeni z dwoma partnerami (jezu, jak ja nie lubię tego określenia ale nie wiem czym je właściwie zastąpić).

Z Kretynem mieszkałam trochę ponad pół roku. Właściwie trudno nazwać to mieszkaniem, ponieważ częściej albo się wyprowadzałam albo spałam u rodziców przyrzekając, że już nigdy tam nie wrócę. Kiedy się wprowadziłam była zima, my nie mieliśmy ogrzewania ani lodówki ani kuchenki. Nie mieliśmy nic. Przez miesiąc leżeliśmy/siedzieliśmy/spaliśmy/kochaliśmy się i paliliśmy jointy. Przysięgam, tak spędziliśmy cały miesiąc. W sumie – nasz najlepszy miesiąc. Jedynymi rzeczami, które były „moje” w tym JEGO mieszkaniu, co często mi wypominał była ściereczka do naczyń, garnek którego nigdy nie użyliśmy, kosmetyki, część ubrań i lampka na biurko. Chociaż biurka nie miałam. Zrobił mi je na dwa tygodnie przed moją wyprowadzką.

Mimo wszelkich niedogodnień uwielbiałam z nim mieszkać, robić śniadanie, nawet kłócić się z nim tam lubiłam. To miejsce ma swój niesamowity klimat i zapach (głównie fajek, zioła i wódki). Pamiętam jak wracałam wieczorem do domu a on pisał mi smsa, że napalił już w piecu i nie  może się doczekać kiedy wrócę. Pozbyłam się złudzeń kiedy w naszym/jego mieszkaniu zastałam nocą obcą babę. Przecież to jego mieszkanie.

Z Pawłem mieszkałam prawie pół roku – to chyba jakaś magiczna granica. Z nim było zupełnie inaczej, chociaż też nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to JEGO mieszkanie, co z resztą również parę razy w kłótni wypomniał. A że ja pamiętliwa jestem to potem pamiętam i pamiętam.

Najgorsze jest pakowanie się. I w jednym i drugim przypadku oni siedzą w milczeniu kiedy ja z żołądkiem w przełyku zabieram co moje. Pakuję do siat, pudła, czegokolwiek. Zabieram się cała z Twojego życia. A ty tak siedzisz niewzruszony.

I myślisz sobie: już nigdy nie wezmę prysznica tutaj. Już nie zjem kanapki na tym talerzu. Już nie będzie tego specyficznego zapachu. Będę gdzie indziej wracać do domu. Nie będzie jego wkurwiających nawyków. Nie będzie zwracania mi uwagi na moje wkurwiające nawyki.

A potem zdajesz sobie sprawę, że musisz znów nauczyć się sama sypiać.

Najgorzej.

/nielubiecebuli/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Będziesz moja

10 wrz
Zobaczysz. Jeszcze będziesz moją kobietą.
Wspomnisz tego smsa.
Będziesz moja.
Nie na wieczór ani na weekend. Będziesz moja na stałe…
Niebo i ziemię poruszę, ale będziesz moja. Ooo taak.. MOJA!
Tylko i wyłącznie. Do późnej starości.
Nierozerwalnie.
******************************************************************************************************************

Taką wiadomość ostatnio otrzymałam. Przestraszyłam się. I ucieszyłam jednocześnie. I poczułam się jak śmieć.

Bo wcale nie będę.

Telenoweli odcinek 933932. A końca nie widać.

 

Znam go od 10 lat. Ostatni raz widzieliśmy się 6 lat temu. Los chciał, że spotkaliśmy się po tych sześciu latach a on nie chce czekać kolejnych sześciu lat na spotkanie. Kurwa.

/nielubiecebuli/

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS